Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
17 Grudzień 2018, 18:15:52

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
  Witam Szanowne Mimochodki oraz wszystkich zaprzyjaźnionych częściowo zmimochodkowanych.  
   Strona główna   Pomoc Szukaj Chat Zaloguj się Rejestracja  
Strony: [1] 2 3 ... 5   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Gosia i Bartek w podry po Europie - relacje  (Przeczytany 11582 razy)
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« : 02 Listopad 2007, 12:29:31 »

Jako ze prawie tydzien temu ruszylismy z Bartkiem w nasza podroz po Europie (planowana na pol roku) i sporo osob prosila o relacje to o ile bede w stanie cos tu sprubuje od czasu do czasu wrzucac. Poza tym poprosze mojego tate o wrzucanie tu smskow co by relacja byla w miare na biezaco.

No to czesc pierwsza:
Ruszylismy w sobote 27 pazdziernika z Lublina. Celem byl koncert w Rzeszowie wieczorem. Po koncercie przyjela nas na nocleg w Rzeszowie kolezanka Zuza. Rano ruszylismy na poludnie - przez Sanok i Komancze (cerkiew wydaje sie byc w pelni przygotowana do odbudowy) dotarlismy do Woli Niznej i stamtad do Jasiela w Beskidzie Niskim. Wieczorem spotkalismy sie tam ze znajomymi Bartka, ktorzy od lipca ida Luk Karpat i przeszli juz Rumunie i Ukraine (my mamy w planie Luk Karpat na nastepny rok). Rano zegnamy sie z nimi i ruszamy na Barwinek.

Dodane po 16 minutach:

 Czesc druga:
29.10.2007
Z Barwinka zlapalismy pierwszego TIRa do Nigerhazy na Wegrzech. Dotarlismy z nim do granicy Slowackiej i przesiedlismy sie do TIRa ktory jechal na Turcje (w poniedzialek popoludniu jest niesamowicie duzo TIRow na Barwinku). Dojechalismy z nim do Rumunii. Tuz za Oradea jest parking Orizont i tam nasz kierowca nocowal, a my obok w polu rozbilismy namiot.
30.10.2007
Ruszmy przez Rumunie: Arad, Timisuara, Caransebes, Zelazna Brama (tu koncza sie Karpaty). Przed Crajowa naszemu kierowcy konczy sie czas pracy i przesiadamy sie do innej ciezarowki. Dojezdzamy na przejscie z Bulgaria Behet/Orjahowo (Prom przez Dunaj). Na promie wita nas uroczy starszy czlowiek, ktory jest fotografem i pracuje jako mechanik. Daje nam swoje zdjecie i wizytowke - na promie mamy swoja kabine (choc prom plynie z 15min). Przechodzimy kontrole Bulgarska, rozbijamy namiot i idziemy spac.
31.10.2007
Umowilismy sie z naszym kierowca ze bedzie na nas czekal na parkingu przy przejsciu a tu rano go nie ma. Okazuje sie ze po 2 w nocy przestali puszczac promy i dotarl dopiero po 8mej. Ruszmy przez Bulgarie - Vraca, Sofia, Dupnica. Z drogi na Grecje odbijamy jakies 30km za Dupnica. Zegnamy naszego kierowce i wyciagamy kciuka. Zatrzymuje sie prawie od razu dwoch chlopakow - Bulgarow. Wracaja 3 km do domu, widac ze ledwo maja na benzyne ale tak przypadlismy im do gustu ze zawiezli nas 30km az do granicy z Macedonia. Tez chodza po gorach i bardzo polecaja nam Bulgarski Pirin. Pieszo przechodzimy przejscie. Po drugiej stronie pusto. Stoi jakies auto - pytamy sie czy kierowca wie gdzie mozemy wymienic walute - pyta sie tylko ile i sam nam wymienia. Po czym podwozi nas do najblizszego meisteczka. Malo - zabiera nas do sklepu i robi za tlumacza (mowi swietnie po angielsku). Nastepnie zabiera nas do swojej firmy - zajmuje sie spedycja w zwiazku z czym... znajduje nam TIRa do Veles. Jest juz zmrok. Ruszamy z Bulgarem. On troszki po rosyjsku, my troszki po polsku i jest super. Okazuje sie ze jedzie duzo dalej i bardzo nam to pasuje. Tyle ze spi w Skopje. Jedziemy z nim. W skopje staje na parkingu pelnym blota posrodku dzielnicy przemyslowej. Ta noc spedzamy w namiocie miedzy torami kolejowymi, bocznica, wielkimi magazynami, droga dla TIRow i szczekajacymi psami.

Dodane po 17 minutach:

 1.11.2007
Wstajemy rano i ruszamy dalej z naszym kierowca. Caly dzien pada deszcz lub jest mocno pochmurnie. Wysiadamy w Gostovar (30km za Tetovem). Zaraz lapiemy na stopa 2 ciezarowki (po 1 osobie). Dwoch kierowcow z Kosova jedzie do Albanii - sa bardzo sympatyczni. Zabieraja nas do zjazdu na Mavrovo - zimowy osrodek narciarstwa. Zaraz lapiemy pierwsze auto 16km do takiego jakby centrum inormacyjnego (siedziba Parku Narodowego, kilka sklepow i restauracji, mapa parku i kozica ktora jest jego symbolem). Idziemy do budynku parku - tam dostajemy mape parku, dwojka sympatycznych ludzi pokazuje nam fotki z parku. Niestety wyjscie na Korab (najwyzsza gore Macedonii i Albanii zarazem) jest bardzo kosztowne (trzeba obligatoryjnie wynajac przewodnika i dzipa - bo to w strefie granicznej, poza tym 2 dni czekania na zezwolenie od strazy granicznej) Calosc na grupe okolo 200 Euro. Nasza grupa liczy 2 osoby wiec rezygnujemy - moze pozniej od albanskiej strony. Na zdjeciach Korab wyglada slicznie - a maja tez wodospad w Parku co ma 134m.
Idziemy 500m na tame na Mavrovskim jezierze. Tam lapiemy stopa - ciezarowke 5km do miejscowosci Mavrovo, ktora w zimie zamienia sie w wielki SKI-CENTER. W Mavrovie widzimy ruiny dawnej cerkwi ktora jak podnosi sie poziom wody jest zatapiana i widac ja jak wyspe.
Potem szukamy Internetu - idziemy do najdrozszego hotelu bo ponoc tam jest. I rzeczywisie ale tylko jak ma sie laptopa. Za to dyrektor zarzadzajacy zaprasza nas do siebie i daje nam dostep do swojego - proponujac w swoim biurze kawe czy herbate. Szuakmy sobie noclegu w Ohrydzie przez Internet i ruszamy dalej. spowrotem do tamy zabiera nas 2 macedonczykow. Lapiemy na stopa malutka ciezarowke (wielkosci zuka). Jada w 3 takie ciezarowki i razem wioza w nich 23 krowybardzo mocno upchane. To Albanczycy. Bardzo sympatyczni. Jedziemy przez cudowne kaniony, a drzewa sa super jesienne. Wysiadamy po 30km przy Bigarskim Monastyrze. To bardzo znany monastyr. serpentynami bocznej drogi dochodzimy na gore. Wyglada poteznie. Wstep 2 Euro choc o tej porze prawie nie ma turystow. Wchodzimy na dziedziniec - wita nas sympatyczny mody mnich mowiacy po angielsku - pokazuje nam monastyr. Jest tam najpiekniejszy ikonostas w Macedonii, a nawet w Europie - i istotnie - takiego cudeka nie widzialam jeszcze - goroco polecam. Potem mnich zaprasza nas na herbatke i opowiada jak to bylo jak pracowal na Krecie w Rent a Car. Wracamy do glownej drogi. Zaczyna lac deszcz. Lapiemy kierowce co jedzie z Kosova do brata i podwozi nas 20km. A pracuje w Szwajcarii i swietnie nam sie rozmawia po Niemiecku.
W miasteczku zaczepiaja nas dzieci - where are you from? From Poland. WOww - krzycza dzieci i odbiegaja smiejac sie. Potem zaczepia nas staruszka i pyta sie po swojemu - chyba stanowimy niesamowity widok o tej porze roku. Zatrzymujemy ciezarowke do Strugi. Po drodze zostajemy zaproszeni do miejscowego baru i kierowca kupuje nam herbate, banany i chipsy. No i teraz jestesmy w Strudze w kafejce :-) Tu chyba bedziemy spac - poszukamy czegos na plazy :-)

Dodane po 17 godzinach 15 minutach:

 Dzis jestesmy w Ohrydzie. Wczoraj spalismy sobie na plazy nad jeziorem Ohrydzkim. To jezioro na wysokosci 695 m npm, otoczone gorami. Polowicznie nalezy do Macedonii a polowicznie do Albanii. Przed 6 rano obudzil nas spiew muezina z meczetu (Michal, to nie byl moj budzik - na prawde ;-) ) Rano w koncu wyszlo sloneczko wiec posuszylismy rzeczy i ruszylismy piechotka w strone Ohrydy. Nie dane nam bylo dojsc tam gdyz po wejsciu na boczna droge zatrzymalo sie autko i kierowca zaproponowal nam podwozke do Ohrydy. No i jestesmy w Ohrydzie - pelno tu meczetow i ludzi o ciemnych karnacjach - co dalej bedzie - zobaczymy jak polazimy troszki po miescie. Z tego co mi teraz wiadomo to najbardziej atrakcyjne turystycznie miasto Macedonii.
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #1 : 04 Listopad 2007, 19:32:43 »

I znowu w Ohrydzie :-) Ale po kolei:
2.11.2007 cd
Jako ze w koncu sie wypogodzilo postanowilismy ruszyc w gory, a dokladnie do Parku Narodowego Galiczica. Wyszlismy za miasto i zlapalismy stopa do gorskiej miejscowosci Velestovo. Wyszlismy za wioske i zrobilo sie ciemno wiec rozbilismy namiocik z widokiem na J.Ohrydzkie i Ohrid. Rano widzielismy owieczki i pasterzy prowadzacych je w gory. okazalo sie ze w parku sa znakowane szlaki - oznakowanie dosc geste, ale znaki bardzo stare, niektore nieczytelne. Roslinnosc w gorach zupelnie inna niz u nas. Najpierw trawersowalismy zbocze doliny a potem szlismy dolem doliny przez piekne polany. Gory totalnie bez wody o tej porze roku - no nie liczac dwoch malutkich jeziorek na polanie w dolinie. Po drodze spotykamy pasterza, owce, jedna koze i psa. A i spotykamy rowniez turyste z Chorwacji. Wchodzimy na gore i widoczki sa przesliczne - gory inne niz u nas - nawet koliory maja inne - czarne lub szaro-biale skaly.

Dodane po 18 minutach:

 Poszlismy grania na poludnie w kierunku albanskiej granicy. Sniegu wogole nie bylo - w oddali widac bylo szczyt 2600m npm i tez bez sniegu. To idealna pora na chodzenie po tych gorach bo nie jest juz goraco. Jedynie dzien jest krotki - do 16:30 mozemy chodzic. Te gory nazywane sa nosem Macedonii, gdyz po ich obydwu stronach leza dwa jeziora Ohrydzkie i Prespa (oczy Macedonii). Na wysokosci 1800 lapia nas chmury, w chmurach pada deszcz. Najwyzszy szczyt to labirynt: wierzcholki polonczone sa kotlinami, a ze jest mgla to widzimy na 10m i dopiero po zejsciu w kotline widac czy to dolina czy kotlina, a za kazda kotlina widac jeszcze wyzszy szczyt. Wszedzie mnostwo pozostalosci dzialan wojennych: okopy, bunkry, jaskinie itp. Idziemy na azymut i w koncu ktoras kotlina okazuje sie byc zejsciem w dol. Schodzimy do drogi laczacej dwa jeziora - Prespa i Ohrydzkie. Okazuje sie ze ruch tam jest minimalny. Idziemy kilka kilometrow asfaltem. Pojawia sie widok na j.Ohrydzkie (przepiekny) i do niego schodzimy. Sa ogromne serpentyny - z 5 serpentyn, kazda ma po 1-1,5km. Jest juz ciemno. Za druga serpentyna znajdujemytroche miejsca i sie rozbijamy jakies 2 metry od drogi - jest to bez roznicy bo jak jedno auto przejchalo o 18tej, to nastepne o 10 rano :-)
4.11.2007
Rano pada deszcz. Schodzimy dalej w dol. Na 4tej serpentynie lapiemy stopa na granice albanska. My wysiadamy tuz przed granica i idziemy do monastyru Sveti Naum. Bardzo ladny monastyr, na skale nad samym jeziorem, w srodku bardzo stare freski. Od pana co sprzedaje pamiatki dostaje mala ikonke Sv Nauma. Wracamy do drogi. Z granicy albanskiej nic nie jedzie - jedynie od monastyru - kilka greckich autokatow. Stoimy sobie na pustej drodze a potem ruszamy na piechotke w kierunku Ohrydy. Po kilometrze zabiera nas dwoch panow. Jeden z nich pracuje w miejscowej firmie (badajacej wplyw miodu na organizm czlowieka) a drugi przyjechal z Holandii z firmy ktora zajmuje sie pomoca dla firm na calym swiecie w ich dalszym rozwoju. I w ramach przerwy w pracy zwiedzaja. Zapraszaja nas po drodze na herbatke. Zwiedzamy Ohrid: Sofie, kosciolek na skale, bazylike z 9 wieku, ruiny zamku i amfiteatru. [/list][/list]
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #2 : 06 Listopad 2007, 23:13:58 »

W Ohrydzie znalezlismy sobie swietne miejsce na nocleg: rozbilismy sie obok jednego z najwiekszych zabytkow - takiego kosciolka na skale (Sv Javan Kaneo) ktory jest symbolem Ohrid. Obok kosciolka sa takie terasy -ogrody i w jednym z nich sie rozbilismy.
5.11.2007
W nocy znow pada deszcz. Rano ruszamy na plaze i robimy wielkie mycie choc temperatura jest ledwie kilka stopni, iweje wiatr i co troche chodza ludzie :-P Potem idziemy na internet i okazuje sie ze pewien czlowiek z Couch Surfing (taka organizacja ludzi ktorzy chca goscic u siebie podroznikow) mieszkajacy w Kavadarci zaprasza nas do siebie. Tak wiec opuszczamy Ohrid i Lapiemy kolejno stopy do Bitoli i Prilepu - w miedzy czasie dostajemy mapy Parku Narodowego Pelister i zostajemy zaproszeni na herbatke. Z Prilepu lapiemy stopa najpierw niedocelowo, a po krotkiej rozmowie jednak docelowo do Kawadarci. Tam spotykamy sie z Amirem ktory do nas napisal rano. Amir jest menagerem w tutejszej najbogatszej firmie (z tego co wiem na razie to fabryka ktora pracuje na zelazie i niklu). Wsiadamy do super wypasionego autka. Amir stwierdza ze u niego w domu byloby nam malo wygodnie a ze jego firma wspolpracuje z hotelem to bedziemy spac za darmo w tym hotelu. No i po chwili jestesmy w hotelu 4gwiazdkowym hotelu 'Uni Palace', gdzie mozemy sobie wybrac pokoj. No i gdzie my sie przenieslismy z namiotu?Co? Lazienka z jaccuzii, internet, mozna oddac ciuchy do prania - wow :-)
Odpoczywamy ze 3 godzinki, po czym Amir zaprasza nas do restauracji. Amir to wogole swiatowy czlowiek - jest z Izraela, a mieszkal juz w Ameryce Pd, w Afryce a teraz w Macedonii.  W miescie wszyscy go znaja. Poznajemy dwojke znajomych Amira - jego kolege z Izraela i kolezanke ktora jest rodowiciie stad.  Jedzenie jest takie ze ledwo mozemy sprobowac wszystkiego - kilka potraw jem pierwszy raz w zyciu. Bardzo smakuje mi palczinka - to taki deser - banany, miod, ciasto, jakas substancja bezopodobna, czekolada... ogolnie wychodzimy niesamowicie najedzeni. Kavadarci slynie (w duzej czesci Europy) ze swietnych win. Tak wiec probuje miejscowego wina - rzeczywiscie dobre.
6.11.2007
Wstajemy sobie rano i idziemy na hotelowe sniadanie - szwedzki stol :-) Potem ruszamy do miasta i.. znajdujemy kafejke :-)

Dodane po 13 godzinach 39 minutach:

 Nastepnie Amir zabiera nas na objazd po okolicy. Niedaleko jest jezioro Tikves - jedziemy na tame, ogladamy elektrownie. Wszedzie dookola sa winnice. Jeziorko polozone jest wsrod gor. Podrugiej stronie jeziora jest monastyr do ktorego mozna jedynie doplynac, bo jest polozony u podnoza gory. Jest po sezonie, ale jeden telefon Amira i mamy umowiona lodke na nastepny dzien. Idziemy z Amirem do restauracji - chcemy tylko herbatke, a dostajemy jeszcze dwa inne dania. Potem Amir wraca do pracy (jest bardzo zapracowanym czlowiekiem) a my wracamy do hotelu.
Po 2 godzinach spotykamy sie z wczoraj poznana kolezanka Amira o imieniu Maca. Zabiera nas do miejscowej knajpki gdzie poznajemy jej kolege (ktory byl jej wspollokatorem gdy studiowali w Bulgarii) i innych miejscowych znajomych. Miejscowi slabo mowia po angielsku ale chca nas poznac bo nasza podroz wydaje im sie nie z tej ziemi. Potem Amir konczy prace i umawiamy sie w kolejnej drogiej restauracji. Znowu dostajemy niesamowite ilosci jedzenia - probuje nowych potraw - i znow pyszne miejscowe wino. Amir wynajal dla nas specjalna sale - w dodatku z telewizorem (Amir jest szefem druzyny koszykarskiej - w tym roku najlepszej w kraju, a wlasnie byl transmitowany mecz innej macedonskiej druzyny z Chorwacja). Jemy i ogladamy mecz - wygrala Macedonia. Potem idziemy do knajpki na kolejna herbatke. Wracamy do hotelu - i znow wieczorna porcja internetu :-)
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #3 : 07 Listopad 2007, 17:17:04 »

7.11.2007
Rano przychodzi po nas Amir i zabiera nas nad jezioro. Wynajal specjalnie dla nas lodke i plyniemy do monastyru. Zabieramy ze soba rowniez czlowieka (rodowicie z Kuwejtu) ktory chce sie dostac do monastyru. Plyniemy duzym kawalkiem jeziora, posrod gor, w miejsca gdzie mozna dostac sie jedynie woda. Plyniemy gdzies tak 1:15h i dobijamy do brzegu. Nasz przewoznik pokazuje nam monastyr i pozwala robic fotki choc normalnie nie wolno. Kiedy wracamy jest duzo wiekszy wiatr, jest zimno i jestesmy troszki ochlapani woda. Wracamy do hotelu - niestety Amirowi wypadly wazne spotkania w firmie i nie moze przyjsc sie pozegnac. Idziemy na wylotowke i na 3 stopy docieramy spowrotem do Bitoli - cel na nastepny dzien to gora Pelister 2601 m npm. Na razie jestesmy tu w kafejce - niedlugo bedziemy szukac miejsca na rozbicie namiociku.
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #4 : 09 Listopad 2007, 17:01:44 »

Wieczorkiem wyszlismy za miasto i probowalismy cos zlapac ale ze bylo ciemno to byl to problem na nieoswietlonej drodze. W koncu zlapalismy taksowke. Za wwiezienie nas 15km na wysokosc 1450 m npm taksowkarz wzial... 5 Euro :-) Jak sie potem okazalo taksowki tu sa bardzo tanie - za 12km placi sie np 2,5 Euro. Dojechalismy po serpentynach do Hotelu Molika w masywie Pelistra. Od mniej wiecej 1200 m npm byl juz snieg. Odeszlismy szlakiem od hotelu jakies 300 metrow i rozbilismy namiot - nasz pierwszy w tym roku nocleg w sniegu.

Dodane po 17 minutach:

 8.11.2007
Rano wstajemy i ruszmy w gore na Pelistra. W tym parku narodowym najpopularniejszym gatunkiem flory jest sosna Molika - jak sie okazuje rozbilismy sie tuz obok wielkiego jej okazu. Wybieramy najtrudniejsza droge na gore czyli tzw Rocky Trail. Hmm - przerasta to moje oczekiwania. Najpierw idzie sie stromo ale rowna sciezka pod gore - potem (od okolo 2000m npm) zaczyna sie wlasciwy skalisty kawalek. Pogoda jest piekna, widoczki na wszystkie strony. Coz - przychodzi nam pokonywac ogromne goloboza - z czyms w rodzaju lancuchow, kilkumetrowe szczeliny, wdrapywanie sie na kolejne glazy - w dodatku jest slisko, wszystko pokryte sniegiem - ja ide pewne odcinki na kolanach. Zajmuje nam to mnostwo czasu, pochlania wiele energii. W koncu dochodzimy na wierzcholek Stiv (okolo 2400m npm). Dalej tez sa skaly, choc troszke mniejsze. Jednak mam juz ich dosc :-) Po drodze jest schron - choc raczej przystosowany na przeczekanie zlej pogody niz na spanie - jednak w skrajnych warunkach mozna tam sie przespac. Szczyt Pelistra jest w chmurach - wchodzimy w te chmury - zimno, silnie wieje, nasze wlosy, rzesy, brwi staja sie biale :-) Zdobywamy Pelister (2601m npm) - jak na razie najwyzszy szczyt na jaki weszlam pieszo. Na szczycie stoi duza stacja telewizyjna - jednak jest zamknieta. Nic nie widac dookola. Powoli bedzie robilo sie ciemno. Na Pelistra mozna wjechac samochodem terenowym - z drugiej strony wejscie jest lagodniejsze. Schodzimy jakies 300m (w pionie) droga dojazdowa. Rozbijamy sie na przeleczy posrod sniegu. Juz o zmroku jest -4 stopnie. Jemy cos na cieplo i przygotowujemy spiwory i cieple ciuchy.
9.11.2007
Jak sie okazuje udaje nam sie nie zmarznac. W spiworze mamy butelke z woda (bo juz wieczorem zamarzala z plecaku) i kilka innych niezbednych rzeczy. Rano jest -6 stopni na zewnatrz i -4 stopnie w namiocie. I jest piekne bezchmurne niebo. Pakujemy sie, cieply rosolek na sniadanie i... nakladamy buty - tyle ze nie mozemy ich nalozyc bo totalnie zamarzly. Jakos sie udaje - choc jest lodowato dopoki ich nie odmrozimy cieplem nog. Skladamy namiocik i ruszamy dalej. Mamy widoczek na j Prespa i Gory Galiczica w ktorych bylismy kilka dni temu. Po drodze mijamy Male Jezioro i docieramy nad Jezioro Golemo. Normalnie jest tam Dom Turystyczny, jednak o tej porze roku jest on zamkniety. Schodzimy w dol do miejscowosci Nizopole. Tam lapiemy na stopa zakonnika i dojezdzamy do Bitoli. Idziemy na pizze i do kafejki - pogoda zaraz po naszym zejsciu z gor mocno sie popsula.[/list]
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #5 : 11 Listopad 2007, 17:39:47 »

Po zalatwieniu wszystkiego w centrum Bitoli idziemy w okolice wylotowki i znajdujemy miejsce pod namiot na zboczu gorki (na szczycie jest przekaznik telewizyjny) - jak na miasto jest cicho, spokojnie, nikt tu nie chodzi. Wieje bardzo silny wiatr ale jest cieplo.
10.11.2007
Nad ranem pada deszcz - i jak juz jemy sniadanie w namiocie wtedy przestaje - hurra! - wygladamy na zewnatrz... zaczal padac snieg. Pada bardzo intensywnie - nie mozemy zlozyc namiotu aby nie nabrac w niego nowych platkow sniegu. Temperatura jest kolo zera - plucha, zimno, mokro... Zaczynamy lapac stopa, jestesmy juz mokrzy od tego desczu. I pierwszego stopa lapiemy do samej stolicy czyli do Skopje. Jedziemy kilka godzin, suszymy sie w autku. Po drodze mamy zamiec sniezna - czy to juz zima???
Dalej od tego bardzo gorskiego rejonu przestaje padac. Docieramy do centrum Skopje. Niewiele jest tam do zwiedzania - most kamienny laczacy nowa czesc miasta ze stara, Kale (ruiny jakby zamku), ogromny meczet (niestety w remoncie), laznie tureckie... Kafejka internetowa kosztuje tu nie 0,5euro, ale 2 euro. Idziemy na obiad - i zmykamy spowrotem :-)
Ciezko tu zlapac stopa - po 1,5 godziny zatrzymuje sie taksowkarz i za 3 euro chce nas zabrac 60km w nasza strone - jako ze jest kolo zmroku to zgadzamy sie. Wysiadamy na autostradzie. Nasz kierunek to Grecja. Jest juz szarawo - Bartek mowi co by jeszcze sprobowac cos zlapac - udaje sie - zatrzymuje sie Turek i zabiera nas. Wysiadamy 25km od greckiej Granicy. Tam obok stacji beznzynowej znajdujemy miejsce pod namiot na blotnistym polu.

Dodane po 10 minutach:

 11.11.2007
Kiedy zasypialismy bardzo wialo, nad ranem... znow zaczelo padac. Nie chcialo mi sie bardzo wychodzic z namiotu :-) Zlozylismy namiocik i zaczelismy lapac stopa. Zaraz zabral nas Macedonczyk i wysadzil 3km przed granica. Na granice dostalismy sie kolejnym stopem (cysterka he, he ;-) ). Przechodzimy przejscie (okazuje sie ze caly ten obowiazek meldowania sie na policji po wjechaniu do Macedoni to fikcja - nikt nas o nic takiego nie pytal).

GRECJA

Witamy w Grecji. Stajemy za przejsciem z karteczka 'Thessaloniki'. Hmm - przyzwyczailismy sie ze w Macedonii dobrze sie jezdzilo na stopa. Po godzinie dopiero zatrzymuje sie pewien czlowiek o imieniu Vangelis. Mieszka na wyspie Salamina blisko Aten a teraz podrozuje. Ma bardzo stare autko z klimatem przerobione - aby zamknac cale autko trzeba np zamknac wszystkie drzwi od srodka i zamknac bagaznik na klodke na lancuchu :-) Zabiera nas do Salonik, ale po drodze zawiera mnostwo znajomosci - przez co 69km autostrada da sie jechac prawie 4 godziny bocznymi drogami. W miedzy czasie zaprasza nas na Bugaca - to takie tradycyjne greckie jedzonko. Dowozi nas do Nasty - to nasza nowa znajoma z Couchsurfing - u niej spedzimy najblizsze dni :-) Jak sie okazuje Vangelis tez znajduje tutaj nocleg i.. prysznic :-) Suszymy namiot na balkonie, myjemy sie, korzystamy z pralki :-) NAsta gosci bardzo wielu Couchsurfingowcow - rzadko kiedy jej dom jest pusty - niektorzy goszcza u niej nawet kilka miesiecy. Jak sie okazuje ma byc u niej za kilka dni Shai - znajomy Mieszka i Asi - Bartek mial okazje go poznac w Krakowie, ja jedynie wiele o nim slyszalam - chcemy sie z nim spotkac :-) Idziemy do kafejki internetowej - tu juz greckie ceny - 2,5eur/h...
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #6 : 13 Listopad 2007, 22:22:26 »

Wieczorkiem jest spotkanie couchsurfingowcow w Thessalonikach wiec my tez sie wybieramy. Poznajemy miedzy innymi Giorgosa, ktory nastepnego dnia chetnie pokaze nam miasto. Spotykamy rowniez 2 dziewczyny z Danii, ktore podrozuja sobie po swiecie - teraz byly w Rumunii i Bulgarii, a jada do Turcji i Izraela. Daja nam namiar na fajna strone: www.findacrew.net na tej stronie mozna sobie znalezc lodke lub zaloge na rejs :-)
Rozbijamy nasz namiot na balkonie u Nasty co by wysechl - fajny widoczek :-)
 
12.11.2007
Rano zjadamy sniadanko jeszcze z Macedonskich produktow i ruszamy na zwiedzanie - punkt pierwszy... Media Markt ;-) Szukamy nowego aparatu jako ze ten Bartkowy z niewiadomych przyczyn jest kaput ;-) Okazuje sie ze ceny aparatow sa wlasciwie identyczne jak w Polsce. Nie znajdujemy takiego tak trzeba wiec ruszamy do maista. Wysiadamy w centrum i idziemy do informacji turystycznej. Dostajemy mapy, foldery. Potem idziemy na poczte odeslac troszki map (paczka do Polski do 2kg kosztuje 11 eur). Znajdujemy ksiegarnie z mapami i kupujemy mape Olimpu. O 15tej spotykamy sie  z Giorgosem. Pokazuje nam interesujace miejsca w miescie - dla mnie niesamowitym widokiem sa wykopaliska antycznych budowli otoczone scisle wysokimi budynkami i blokami. Potem idziemy do knajpki i na internet. Wieczorkiem spotykamy sie z dziewczynami z Danii - dzis byly one w miejscowym Squacie "Delta" (Squat to budynek, ktory zostal opuszczony i w miedzyczasie wprowadzili sie do niego nielegalnie ludzie). Idziemy z dziewczynami do Squatu. Jest to dawny hotel - jego wlasciciel najpierw chcial przerobic go na dom studencki, a potem wogole przez dwa lata budynek stal nieuzywany. W tej chwili mieszkaja tam 42 osoby. Caly budynek wymalowany jest graffiti, na 2 pietrze jest ogolnodostepna kawiarenka (piwo i lemoniada sa w lodowce i biorac odklada sie pieniadze do pudelka - cena jest sklepowa). W kawiarence siedza sobie mieszkancy i rozmawiaja - prawie nie ma tam ludzi zzewnatrz. Jeden z mieszkancow oprowadza nas po squacie - maja duza kuchnie (wyburzyli sciany kilku pokoi, ciemnie do wywolywania zdjec, robia studio muzyczne). Jak na razie maja prad i wode - co prawda zimna ale zrobili sobie cos w rodzaju boilera. Kazdy ma swoj hotelowy pokoj z lazienka, maja pralki i sale konferencyjna :-) A obecnie pracuja nad ogrzewaniem. Ma to wszystko swoisty klimat i czulam sie tam bardzo przyjemnie - mieszkancy sa bardzo goscinni - zapraszali nas na nocleg jesli nie mielibysmy gdzie spac w Salonikach.
Wracamy autobusem do siebie (bilety normalne 70 minutowe 0,5 euro).

13.11.2007
Wstajemy, jemy sniadanko i ruszamy do miasta. Na poczatek internet :-)
[/list]

Dodane po 11 godzinach 27 minutach:

 Potem idziemy do centrum - Bartek szuka aparatu - okazuje sie jednak ze tego modelu Canona nie ma nigdzie w Grecji. W zwiazku z tym odpuszczamy szukanie i idziemy obejrzec stare miasto. Slicznie polozone, na zboczu gory - niesamowicie strome uliczki. Piekny widok na nowa czesc Salonik i morze. Wloczymy sie troche po starowce, a potem idziemy na dworzec sprawdzic polaczenia do Litochora. To miejscowosc z ktorej wychodzi sie na Olimp (to nasz plan na jutro ;-) ). Bilet 4eur. Chcemy zobaczyc jak wygladaja greckie koleje. Potem jedziemy do Media Markt i chce kupic sobie aparat Canon A460. Jeszcze 2 dni temu byl po 99 euro, a wiec cena prawie identyczna z polska (w Polsce od 350 do 390zl). No i okazuje sie ze dzis jest po 69 euro :-) Tak wiec dokonuje zakupu i idziemy jeszcze do Carrfura na zakupy. Poza spozywka znajdujemy tam... ogromna swinke - maskotke. No i Ci ktorzy znaja moja siostre wiedza o co chodzi - swinka to ulubione zwierzatko Magdy - nawet chciala miec kiedy swinke w domu :-) W zwiazku z tym dokonujemy szalonego zakupu swinki (jest ona wielkosci 2/3 kasjerki ktorej placimy za swinke). Co prawda swinka kosztuje 70euro, ale czasem sprawa jest tego warta :-) Dzwonimy do Magdy i... no coz - trzeba przyjechac po swoja swinke - wyobrazcie sobie Magde lapiaca stopa z takim gigantem :-)
Po zakupach idziemy ze swinka przez miasto co daje mi duzo radosci ;-) A  na koniec dnia na internet - jako ze jutro raniutko planujemy na jakies 3-4 dni wybrac sie na Olimp.
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #7 : 15 Listopad 2007, 15:58:26 »

14.11.2007
Ruszamy na Olimp ;-)
Jedziemy na dworzec, wsiadamy w pociag (pociagi jak u nas, tyle ze drozsze - i grzeja tak ze chce sie jedynie wyskoczyc przez okno (to chyba w cenie?) ). Dojezdzamy do miejscowosci Litohoro, skad wychodzimy w gore. Od rana leje deszcz. Nie widac nic a nic. Ale my twardo idziemy wierzac w poprawe pogody. Droga wiedze kanionem - normalnie bylyby zapewne piekne wydoczki - nam od czasu do czasu wylaniaja sie skaly i przepascie. Po 4 godzinach dochodzimy do slicznego malutkiego monastyru - czesciowo w skale. Nikogo tam nie ma - zapalamy swieczki. Ruszamy dalej - Ma byc dalej duzy, normalny monastyr. Dochodzimy do niego tuz przed zmrokiem. Okazuje sie jednak, ze sa to opuszczone wielkie ruiny - jedynie w lecie otwarte dla zwiedzajacych. Tak wiec nasze marzenia o schronieniu i herbatce legly w gruzach. Obok jest budka w ktorej latem zapewne sprzedaje sie pocztowki. Rozbijamy sie pod daszkiem tej budki. Deszcze pada bez przerwy.Robimy cieple jedzenie i suszymy w spiworach mokre ciuchy.
15.11.2007.
Wstajemy - na zewnatrz pada - nasz namiot jest mokry od pary wodnej - tak samo nasze spiwory i karimaty. Jemy sniadanko i zastanawiamy sie co robic dalej. Nagle podjezdza samochod (jest to jakies 20km od Litochora gorska lesna droga). Jakas dwojka ludzi wybrala sie turystycznie tutaj. najpierw nie chca nas wziasc, ptem zmieniaja zdanie i sami po nas pdjezdzaja.

Dodane po 2 minutach:

 Jedziemy z nimi spowrotem na dol do Litohora. Tam juz nie pada. Przepakowujemy sie i idziemy w poszukiwaniu kafejki internetowej. I nagle idac ulica jedzie na nas autko z.. polskimi bytomskimi blachami :-) Zagadujemy - i za chwilke nowo spotkany Polak zaabiera nas do kafejki internetowej - chwilke rozmawiamy, a potem my zostajemy na dluzej w kafejce.

Dodane po 3 godzinach 3 minutach:

 Jak ktos ma ochote poogladac troszke naszych zdjec z podrozy (na razie tylko z komorki - taka sobie jakosc 1,3 megapiksela) to podaje adresik:
http://geo.umcs.lublin.pl/holica
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #8 : 18 Listopad 2007, 14:34:24 »

Jako ze pada deszcz to wiekszosc dnia spedzamy w kafejce. Na wieczor - spotkany w dzien Polak (o imieniu Irek) zaprasza nas do siebie do domu. Poznajemy jego zone Ole. Sa z nimi rowniez 2 psy i gadajaca papuga Filip :-) Rozmawiamy z nimi kilka godzinek, dowiadujemy sie troche interesujacych rzeczy o zyciu w Grecji. Potem Irek odwozi nas do miejscowosci Leptokaria nad samo morze - na plazy rozbijamy namiocik :-)

16.11.2007
Budzi nas piekny wschod slonca. Nad Olimpem nie ma zadnej chmurki. Jest przepieknie i bardzo cieplo. Robimy wielkie suszenie. Przedpoludnie spedzamy na plazy - wygrzewam sie ile sie da w sloneczku :-) Potem idzemy zapoznac sie z asortymentem miejscowego Lidla. I potem idziemy na autostrade. stajemy kolo bramek i po kilku minutach mamy tira (jest to cysterna pelna wina) do Thessalonik. Wracamy do Nasty. W autobusie nr 3 zagaduje do nas pewien czlowiek (wygladamy na turystow, mamy duze plecaki) i po chwili okazuje sie ze on tez nocuje u Nasty - coz za spotkanie w 2milionowym miescie :-) Nazywa sie on Jardan i jest z USA. W mieszkaniu Nasty spotykamy rowniez Sortisa z Aten, przyszedl odwiedzic Naste i idzie do innych znajomych w Salonikach. Tego wieczorku moja siostra Magda rusza stopem z Lublina (przyjezdza po maskotke - swinke). Czekamy na nia i na Shaia z Izraela.

17.11.2007
Tego dnia postanawiamy poznac okoliczne plaze. Jordan wybiera sie z nami. Z przesiadka docieramy do miejscowosci Perea, ktora wlasciwie jest juz czescia Salonik. Plaza...hmmm... brudna, mala, wszystko dookola pozamykane - wyglada dosc przygnebiajaco. Zbieramy muszelki - sa we wszystkich kolorach :-) Spacerujemy troche po Perei, Jordan pokazuje nam fotki ze swojej podrozy (wedruje od Polski, oststnio yl na Balkanach i lada dzien wraca z Bulgarii do siebie). Potem wracamy, robimy zakupy (bo tu w niedziele wszystkie spozywczaki sa zamkniete) i wracamy do Nasty.
Przyjezdza dzis Lukas - jest ze Szwajcarii i idzie na piechote (okazjonalnie podjezdza stopem) do Izraela. W wiekszosci wedruje asfaltami - autostradami itp - czesciowo tez po Alpach, Dolomitach i przez chorwackie gory.
Wieczorkiem przyjezdzaja tez 2 osoby z Lotwy. Przybyli z Balkanow i w planach maja Turcje, a dalej Indie lub Chiny.
Siedzimy do poznej nocy i rozmawiamy. Noca moja siostra przemieza stopem Rumunie.

Dodane po 2 minutach:

 18.11.2007
Rano dojezdza jeszcze jedna osoba - Max z Francji. Max wedruje do Indii. Jest swietny w sztuczkach cyrkowych - potrafi chodzic z kula na glowie lub zonglowac 8ma pilkami :-)
My zas wybieramy sie do kafejki internetowej.
Czekamy na Magde. O 13tej jest juz za promem w Bulgarii.
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #9 : 19 Listopad 2007, 20:38:36 »

Wieczorem wielka akcja - wyprawa po Magde. Okazuje sie ze ma stopa do Sindos - 10km od Salonik. Dojezdza tam po 23ciej. My w tym czasie jedziemy do centrum i dalej do tego Sindos (Sindos to jednoczesnie takie osiedle domow i ogromny obszar przemyslowy). Mamy sie spotkac pod Lidlem ale kierowca autobusu zawozi nas pod innego lidla. W koncu o polnocy mamy ostatni autobus powrotny z tej dziury - wiec wychodzimy z zalozenia ze Magdzie samej bedzie latwiej dotrzec stopem do centrum Salonik niz naszej trojce. Po za tym nie wiemy gdzie ona jest (to Sindos jest zakrecone, jest ciemno, wszedzie przemyslowe tereny, nie mamy planu tej strefy). No i co sie okazuje - Magda dojezdza stopem do centrum szybciej niz my wrocilismy autobusem. Spotykamy sie na dworcu i jedziemy do Nasty. No i Magda spotyka sie z prosiaczkiem :-) W koncu idziemy spac kolo 3ciej. W nocy dojezdzaja kolejne osoby z Francji - jest nas 10 gosci tej nocy :-)

19.11.2007
Od rana zimno i pada. Ruszamy we trojke do miasta - zwiedzanie jest szybkie z powodu pogody, wiatru, temperatury itp. Wieczorkiem idziemy do squatu - tym razem udaje nam sie obejrzec jeszcze dach budynku gdzie jest... basen :-) o tej porze roku bez wody ;-) Wieczorkiem zakupy i internet
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #10 : 22 Listopad 2007, 18:41:41 »

20.11.2007
Rano ruszamy nad morze - tym razem dalej niz bylismy poprzednio. Magda nawet kapie sie w morzu :-) Po poludniu wracamy do Nasty. Na wieczor mamy jechac do Verii - to miasto 60km od Salonik. Jedziemy tam do Elisavet - a wlasciwie jedziemy z nia bo na popoludnie przyjezdza ona do Salonik. Okazuje sie ze w miedzy czasie do Salonik przybywa Shai z Izraela - mijamy sie o godzine (on przychodzi godzine po naszym wyjezdzie). My jedziemy do centrum - tam znajduje nas Elizavet (ze swinka latwo nas znalezc). Jedziemy do Verii. Tam zostawiamy bagaze i Elizavet zabiera nas na gorace zrodla kolo  miasteczka Pozar (przy granicy z Macedonia). Dojezdzamy tam kolo polnocy. Jest 0 stopni. Nikogo innego nie ma wiec wskakujemy nago do rzeki. Czesc z goraca woda jest odgrodzona kamieniami. W dodatku sa wodospady z goraca woda - swietny hydromasaz. Ponoc fajna jest zmaina temperatury - przeskoczenie do lodowatej wody i spowrotem do goracej - Bartek i Magda probuja :-) Wracamy do Verii. Tam Elizavet pokazuje nam swoje zdjecia z roznych gor Grecji jako ze duzo chodzi po gorach. Ogladamy rowniez zdjecia jej rodzicow z gor Boliwii (zdobyli ponad 6tys m npm).
21.11.2007
Rano wloczymy sie po Verii - stare miasto jest otoczone malym ale glebokim kanionem rzeki - sa w nim male jaskinie. Potem wracamy na obiad do Elizavet i decydujemy... wrocic do Salonik.

Dodane po 7 minutach:

 Jako ze jest juz kolo zmroku a nas jest 3 osoby, 3 plecaki i ogromna swinka to decydujemy sie na pociag. Za 1,5euro wracamy do Salonik. Magda robi furore w pociagu swoja swinka - miedzy innymi Magda prowadzi pociag, a potem swinka siedzi na siedzeniu prowadzacego... Gdy jedziemy autobusem do Nasty niespodziewanie wsiada... Shai :-) W koncu (po 8 dniach czekania) spotkalismy sie :-) Radosny telefon do Mieszka :-) A potem wieczor u Nasty - gitarka, piosenki Shaia, pokazy Maxa, pyszne zapiekane warzywka Shaia, chrumkanie z Magda (wszyscy obecni chrumkali...), uczenie sie dziwnych slow w dziwnych jezykach :-)
22.11.2007
W koncu ruszamy z Salonik! Magda jedzie na swoja wylotowke (ze swinka) a my na nasza wylotowke. Lapiemy pierwszego stopa na jakies 200km. Droga sliczna - wjezdza na ponad 1700m npm. Potem lapiemy tira z Rosjaninem do Meteory. Wysiadamy i wow! To ogromne pionowe skaly (100-200m) a na nich monastyry. Robia niesamowite wrazenie!  Do monastyrow ponoc kiedys wchodzilo sie tylko po drabinach. Jak jest teraz - zobaczymy jutro :-) Wlasnie siedzimy w kafejce internetowej - Bartek zobaczyl ze kolo nas ktos zalogowal sie na couchsurfing. Podszedl, chwile pogadali po angielsku, a potem... przerzucili sie na polski :-P
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #11 : 24 Listopad 2007, 14:00:13 »

Po wyjsciu z kafejki poszlismy z poznanym tam Kaba z Polski do knajpki na herbatke/sok/piwko. Pogadalismy kilka godzin, wymienilismy sie informacjami z podrozy. I poznym wieczorkiem my poszlismy juz w skaly Meteor - znalezlismy sliczne miejsce - dookola nas byly tylko 100-200 metrowe sklaly.
23.11.2007
Ruszamy zwiedzac Meteory :-)

Dodane po 16 minutach:

 Najpierw podchodzimy stromo pod gore i wyrytym w skale korytarzem dostajemy sie do monastyru sw.Trojcy. Po drodze spotykamy znow Kube. Zegnamy sie, a 100m wyzej okazuje sie ze Kuba zostawil nam na skale mapke i slodycze :-) Wstep do kazdego monastyru jest  2Euro, jest ich 6, ale dzis tylko 4 sa czynne. Z monastyru jest przesliczny widok - to tak jakby nagle na waskiej igle wzniesc sie 200m nad ziemie. Potem droga idziemy do drugiego monastyru - sw. Stefana. Stamtad podwoza nas ze 2 km ludzie z Grecji (on od 40 lat mieszka w Berlinie :-) ). Schodzimy w dol do kolejnego monastyru Rossanou. Potem lapiemy kolejnego stopa na 2km i jedziemy obok zamknietego dzis monastyru Varlam do najwiekszego Great Meteor. Jest naprawde imponujacy. Przez caly dzien nie mozemy wyjsc z zachwytu. Lapiemy stopa na dol - przejezdzamy kolo kolejnego monastyru. Dojezdzamy do glownej drogi i lapiemy stopa do Ioanniny. Po drodze zajezdzamy do gorskiej miejscowosci Metsovo. W Ioanninie jest juz ciemno, na albanie malo co jezdzi. Idziemy kawalek, wchodzimy na gore za maistem i rozbijamy namiot.

Dodane po 6 minutach:

 24.11.2007
Od rana lapiemy stopa. Najpierw podwozi nas miejscowy, a potem lapiemy Iranskiego Tira (moze tak pojedziemy nie do Albanii a do Iranu?)
Wysiadamy 27km od granicy. Zabiera nas gosc co mieszka w Grecji a ma rodzicow w Albanii.

ALBANIA

Przejezdzamy przez granice i na granicy nasz keirowca dogaduje sie z innym albanczykiem ktory jedzie do Sarande co by nas zabral ze soba. Przesiadka i jedziemy. Kraj na pierwszy rzut niewiele sie rozni od Grecji. Piekne gory, dobre drogi - jak sie czlowiek przypatrzy to od czasu do czasu mozna wypatrzec bunkier.
Wjezdzamy do Sarande. Miasto jak miasto. Jedynie co to nie ma pradu w niektorych miejscach - na ulicach slychac agregaty :-)
Obalamy mit ze w bankomatach uzywac tylko albanskich kart. Maja tu filie kilku zachodnich bankow. Wlasciwie roznice sa niewielkie tak jak na razie obserwujemy :-) Wlasnie znalezlismy kafejke i spotkalismy... kolejnego Polaka :-)
Zapisane
Marek Nowosad
zielony


Karma: +0/-0
Offline Offline

Wiadomości: 5


Zobacz profil
« Odpowiedz #12 : 25 Listopad 2007, 16:40:00 »

Po wyjsciu z kafejki spacerujemy sobie po Sarande - mnostwo tu palm, jest bardzo zielono. Po drugiej stronie lazurowego morza widac grecka wyspe Korfu. Przed pojsciem do kafejki wyplacilismy leki czyli miejscowa walute z bankomatu - teraz zorientowalismy sie ze zamiast 8tys lekow wyplacilismy... 80 tysiecy (czyli nie 250zl ale 2500zl)... Znajdujemy pizzerie tuz nad morzem i zamawiamy pizze. Kelner mowi spokojnie po angielsku. W Sarandzie jest jak na rajskiej wyspie a nie jak w Albanii - ale moze taka jest wlasnie Albania? Idziemy do sklepu i wtedy dzwoni do nas Adam - nasz nastepny couch. Zaprasza nas na noc do Delvine - to miejscowosc 20km dalej. Wsiadamy w furgon czyli miejscowego busa. Ludzie sa dla nas bardzo mili - niestety prawie nic nie rozumiemy z tego co do nas mowia. Niektorzy jednak mowia po angielsku - nawet trafilismy 3 osoby po kolei mowiace po angielsku :-) W Delvine czekajac na naszego przyjaciela idziemy do knajpki. Co chwile gasnie swiatlo (braki w dostawie energii) wiec przy barze jest swieczka. My wyjmujemy swoja i stawiamy sobie na stoliku :-) Zagaduje nas sympatyczny starszy pan. Niezbyt rozumiemy o czym do nas mowi, ale jak uslyszal ze Polonia to zrozumielismy jedynie ze mowi cos o footballu. Przychodzi Adam i zabiera nas do siebie. Adam mieszka w mieszkaniu ktore wynajmuje dla niego Peace Corps. To organizacja z USA, ktora wprowadza 'cywilizacje' do roznych krajow. Np. w zakresie medycyny lub szkolnictwa. Adam jest tu juz od 2 lat. Rodowicie jest z Filadelfii. Spedzamy mily wieczor - Adam pokazuje nam filmiki i swoja prezenatcje dotyczaca Albanii. Dosteje od niego troche albanskiej muzyki.
 
25.11.2007
Jemy sniadanko (Adam robi nam pyszne tosty) i ruszamy spowrotem do Sarande. Tam wychodzimy na wylotowke i chcemy lapac stopa do Vlore (130km na pn od Sarande). Okazuje sie ze prawie wszystkie autobusy jezdza naokolo (robiac prawie 2 krotna droge. Zaraz dowiadujemy sie dlaczego. Pierwszy stop to ciezarowka do Himary (jakies 50km) - droga jest trawersem stromego zbocza (choc co chwile jest w gore i w dol) - wiedzie przez wysokie gory i jest... tak jakby jeden pas (jesli chodzi o szerokosc). Aby sie minac auta musza zjechac na pobocze, ktore czasem jest o ile nie ma wlasnie przepasci. Jednak Albanczycy jezdza dobrze, sa dla siebie serdeczni, bez problemu sie puszczaja. Srednia predkosc 20km/h. W Himarze idziemy na plaze - sliczna, lazurowa, zolty piasek. Potem lapiemy dalej stopa. Zatrzymuje sie Albanczyk ktory pracuje jako zolniez i to chyba dosc wysoko postawiony. Mowi spokojnie po angielsku. Jedziemy z nim juz do Vlore. Idziemy do kantoru gdzie chcemy wymienic nadmiar lekow. Podaja nam calkiem atrakcyjny kurs jednak "myla sie" o jedno zero (czyli o 2000zl) na swoja korzysc - w zwiazku z tym nie wymieniamy u nich tych lekow. Znajdujemy kafejke :-)
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #13 : 26 Listopad 2007, 16:52:41 »

Juppi :-) Wiecie cio - ten internet co byl we Vlore jest super - tyle ze nie chcial nic wysylac na forum Mimochodka (inne strony chodzily super). Ale na szczescie moj tata wkleil co u nas :-) Dzieki :-)

Po wyjsciu z kafejki spotykamy znow naszego znajomego wojskowego, ktory nas tu przywiozl na stopa. Pyta sie czy wszystko ok - mowimy mu co nam powiedzieli w kantorze - a on na to powiedzial, e to...nieporozumienie. WWytlumaczyl nam ze tu byla swego czasu denominacja i ze ludzie pisza jako dawna walute - zwlaszcza starsi ludzie. Jakkolwiek dla nas wydawalo sie to niepojete to on powiedzial to tak naturalnie ze wygladalo ze rzeczywiscie tak jest. Zreszta powiedzial ze pojdzie z nami do kantoru - powiedzial ze 2 slowa do tego z kantoru, tamten po chwili wyswietlil nam na kalkulatorze pozadana przez nas kwote i wymienilismy nadmiasr lekow. Potem nasz wojskowy - o imieniu Albano zaprosil nas najpierw na sok do swojego baru (jest wlascicielem) a potem na herbate do innego. Pytalismy sie o supermarket - wytlumaczyl nam ze tu nie ma supermarketow takich jak Tesco lub Carrefour. Poszlismy do takiego mniejszego supermarketu i znalezlismy wlasciwie wszystko czego szukalismy.

Dodane po 9 minutach:

 Potem spytalismy naszego znajomego gdzie mozemy znalezc plaze aby rozbic namiot - nie mogl zrozumiec po co nam plaza do czasu gdy pokazalismy mu zdjecie z aparatu na ktorym jest nasz namiot rozbity na plazy. Glowil sie i nie mogl wymyslec takiego miejsca (bo tu jest blisko tylko taka plaza prawie w miescie. W koncu stwierdzil ze ma domek taki co w lecie wynajmuje turystom i ze mozemy tam spac. Co prawda nie ma tam teraz padu i wody ale jest widok na morze. Zawiozl nas tam swoim wojskowym samochodem. Ten samochod jest nietykalny przez policje w zwiazku z tym nasz znajomy lamal wiele przepisow - np zawracal na zakazie zawracania 2 metry od stojacego policjanta. Domek z zewnatrz taki sobie, ale wewnatrz bardzo ladny - z aneksem kuchennym i lazienka. Zapalamy swieczke i gotujemy sobie kolacje. Albano ma przyjechac po nas rano.

UWAGA DZIEWCZYNY
Ogloszenie jest calkiem serio!
Albano z albanskim paszportem potrzebuje wizy do wyjazdu do jakiegokolwiek kraju a takich wiz po prostu nie chca dawac. Jedyny sposob to ozenic sie z cudzoziemka (najlepiej z Unii Europejskiej) bo wowczas dostaje sie paszport danego kraju.
Albano poszukuje dziewczyny ktora chce sie z nim formalnie ozenic (i potem szybko rozwiesc) - czyli jedynie przyjechac do Albanii i zalatwic kilka papierkow. Za to chce dac tej dziewczynie 3 tys euro. Jest to calkiem serio (wyobrazcie sobie siedziec cale zycie na powierzchni kraju 300km/100km). Jesli ktos jest zainteresowany mamy do niego numer.


26.11.2007
Wstajemy rano, jemy sniadanko. Od rana wieje bardzo silny i bardzo cieply wiatr (kury prawie lataja w powietrzu).

Dodane po 7 minutach:

 Albano przyjezdza po nas i zawozi nas na wylotowke. Zegnamy sie z nim, pamiatkowa wspolna fotka i ruszamy dalej. Mamy ze stopem jeden problem - nawet jak nie machamy zatrzymuja sie nam kursowe busy i chca nas koniecznie zabrac - nie rozumieja dlaczego nie chcemy jechac skoro jest u nich tak tanio (a jest rzeczywiscie bardzo tanio). Na szczescie jak sie okazuje to jest kraj marzenie do stopowania :-) Zaraz pewien albanczyk zabiera nas do Fier - to najblizsze miasto jakies 40km dalej. Nie rozumiemy sie zupelnie jezykowo, a on wywozi nas na wylotowke :-) POtem zatrzymuje sie auto na wloskich numerach. Jezdzi nim albanczyk, ktory ma pozwolenie na przebywanie we Wloszech. I jak sie okazuje ma dziewczyne studiujaca medycyne w Polsce i w dodatku w Lodzi! Najpierw mamy jechac z nim tylko 60km (bo on jedzie do Tirany), potem zmienia dla nas droge aby podwiezc nas jeszcze 40km, a potem... wykreca calkowicie w innym kierunku aby zawiezc nas 80km dalej czyli na miejsce (bedzie musial to wrocic). Po drodze kupuje nam slodycze. Rozmawiamy sobie po angelsku, uczymy sie troche wloskiego i albanskiego. Wysadza nas w Podgradcu, zegnamy sie i on wraca spowrotem. Podgradec lezy nad jez.Ohrydzkim - znow tu jestesmy - tylko z drugiej strony.[/list]

Dodane po 12 minutach:

 Przed nami po drugiej stronie jeziora gory Galiczica - jeszcze 3 tyg temu tam bylismy - teraz lezy tam snieg. Pogradec lezy 9km od Sveti Naum w Macedonii gdzie bylismy. Slicznie tu - miasto nad jeziorem posrod gor :-) Spotykamy sie z Robertem. Robert jest tu od niedawna - jestesmy pierwszymi osobami ktore gosci. Idziemy do jego domu - wynajmuje bardzo ladne 3-pokojowe mieszkanko w nowym bloku (blok ma ze 2 lata). Tak ze standard jest juz super :-) 100m od jego bloku jest plaza i jezioro. Robert pochodzi ze Stanow. Przyjechal tu rowniez z Peace Corps. Na nazwisko ma Adamski - z tego co wie to ma polskie korzenie :-) Robert wraca do pracy a my najpierw iziemy na dobra pizze a potem do kafejki.
Co do wygladu Albanii (tak jak sobie jechalismy i patrzylismy): wiekszosc budynkow jest starych i zniszczonych. Czesc wyglada jakby byla w budowie choc jest to cos w rodzaju lubelskiego "Teatru w Budowie". Czyli zaczal ktos cos budowac i przestal i ciezko powiedziec do kiedy cos jest jeszcze budowa a kiedy staje sie juz ruina.
Teraz jakbym miala Albanie do czegos porownac to jest to dla mnie pomieszanie Ukrainy z Grecja. I tu sa takie gory!!! ;-)
Jedna rzecz ktorej nie da sie nigdzie zakwalifikowac to bunkry. Albano opowiadal nam ze Albanczycy nie mieli nigdy sojusznikow wiec byli przygotowani do wojny. I tak zarowno mama jak i tata jak i babcia, ciocia wujek - kazy mial osobno swoj bunkier :-) A teraz stoja sobie takie przy drodze i ubarwiaja krajobraz - choc dla mnie bardziej przypominaja pomniki niz kojarza sie z wojna.
Drogi roznie - od autostrady po drogi krajowe jak na Ukrainie. Wokol jest mnostwo kamieni (caly kraj ma taka geologie ze skaly sa tuz pod powierzchnia ziemi) i czasem gruzu - miesza sie jedno z drugim. I mnostwo smieci - jak w Grecji, jak w Serbii i w Czarnogorze - smieci wyrzuca sie za okno, z samochodu, za dom - czasem nie pasuje to do tych rajskich obrazkow :-) Kraj jest bardzo gorski - dlatego drogi sa krete, strome - mala ilosc kilometrow jedzie sie dosc dlugo. Ogolnie drodzy Mimochodkowicze: wielbiciele gor i ukrainskich klimatow znajda tu na pewno raj na ziemi :-)
Zapisane
Gosia
obieżyświat
*****

Karma: +2/-0
Offline Offline

Wiadomości: 287



Zobacz profil
« Odpowiedz #14 : 27 Listopad 2007, 12:07:47 »

Wieczorkiem idziemy do Roba do biura, a potem wracamy razem do domu. Rozmawiamy sobie do pozna.

27.11.2007
Wstajemy rano i Rob zabiera nas do szkoly w ktorej pracuje. Bardzo ciekawe miejsce. Razem z pracujaca tam Albanka zwiedzamy szkole. Wchodzimy na lekcje matematyki do jednej klasy i dzieci spiewaja nam piosenke z nauczycielem. Potem ogladamy kuchnie, sale gimnastyczna i idziemy do czesci przedszkolnej. Chwile bawimy sie z dziecmi - bawia sie zabawkami - w plastikowych garnuszkach bawia sie w gotowanie... prawdziwej fasoli :-) Najpierw robie im i pokazuje zdjecia, a potem one same robia zdjecia sobie i mi :-) Wracamy z Robem do miasta.
Zapisane
Strony: [1] 2 3 ... 5   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Powered by SMF 1.1.4 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC
// -->